
Zabawa w codzinne odkrywanie nowych niespodzianek trwa! Dziś z mysiego brzuszka wyjęłam kolejny prezent, który wywołal uśmiech na mojej twarzy. A był to drewniany długopis z główką żyrafy. Wypadów na jarmark świąteczny ciąg dalszy. Wciąż jest jeszcze mnóstwo pyszności, które próbuję. W niedzielę skorzystaliśmy z pięknej pogody i wspólnie z Moniką i Willim wybraliśmy na grzane wino. Jako, że świeże powietrze wzmaga głód należało sie posilić. Zaczęliśmy od deseru... prażone mandelki (tak moja mama zawsze mówi myśląc o migdałach), potem musiałam skosztować „muze” (taki mini-pączek w chrupiącej „koszulce”), by na koniec posilić się wreszcie czymś konkretnym: rostbratwurst (grilowana biała kiełbasa) w musztradowej polewie. Pycha, ale z kolacji musiałam już zrezygnować...
Następnego dnia na jarmark wybrałam się z pracownikami Jugendhausu. Po krótkim spotkaniu w jednym z biur i wzmocnieniu naszych organizmów rozgrzewającym napojem podreptaliśmy w kierunku Jan-Wellem-Platz. Muzyka nastraja już świątecznie, brakuje tylko śniegu. Po spacerze czas na posilek i kolejna okazja do wypróbowania niemieckich delicji, tym razem Flammkuchen, taka podłużna pizza z plastrami ziemniaków i serem posypane ziołami (jest wersja ze słoniną i cebulą), specjalność z Alzacji. Nasi męscy towarzysze potrzebowali jednak mięsnej strawy, Currywurst im bardziej się spodobała. Jako, że pogoda dopisywała, ale zrobiło się dość chłodno trzeba było udać się na rozgrzewający napój czyli grzaniec ….Feuerzangenbowle. Podczas przygotowywania napoju dodaje sie cukier a nastepnie się go podpala. Pijąc owe słodkie wino zagryzając spekulatiusem (herbatniki konsumowane w okresie adwentu) prowadziliśmy wesołe rozmowy. Na tym nie koniec naszego spotkania. Potem udaliśmy się do lokalu o jakże wdzięcznej nazwie „Zwiebel”… Nie widziałam tam ani jednej cebuli… Nasza kochana Cornelia stwierdziła jednak, że „Zwiebel” nie oferuje przyjemnej dla ucha muzyki i zaproponowała zmianę lokalu na „Weiße Bär”, co też uczyniliśmy. Okazało się to trafnie podjętą decyzją, bo w tymże pubie muzyka była świetna i dlatego nikt nie mógł usiedzieć na swoim miejscu, toteż nasza grupka rozkręciła się na dobre.
Powoli odkrywam też inne strony Düsseldorfu jako miasta, w którym można być także blisko natury. Jeszcze podczas pobytu Kingi wybrałyśmy się na wizyte do Wildparku. Po obiedzie wsiadłyśmy w autobus jadący w odpowiednim kierunku a potem musiałysmy jeszcze przejść pod stromą górkę przez las do parku. Tam czekały na nas już dziki, sarny, lisy, żbiki. I tylko szopy pracze zapadły chyba w zimowy sen, bo nie chciały pozować do zdjęć… Ale pogoda nam sprzyjała i miałyśmy piękne widoki na zielone o tej porze roku (!) polany w blasku zachodzącego słońca.
Korzystając z okazji, że jestem w Niemczech odwiedziła mnie moja ukochana kuzynka, która wciąż potrafi mnie czymś zaskoczyć, jak np. zainteresowaniem tańcem. W sobotę po tym jak puszczałyśmy bańki mydlane w ogrodzie, poszłyśmy na zakupy, oj chyba nigdy tak nie szopingowałam! Tyle godzin i w tylu sklepach, a na dodatek wracałyśmy do tych samych sklepów żeby coś odmienić bo znalazłyśmy coś ładniejszego. Udało mi się zakupić piekny beret i ciepłą kurtkę, a w jakim dziale? W dziecięcym :-) Kurtka na szczęście nie jest różowa, tylko czarna, i pięknie komponuje się z wymienionym beretem. Wieczorem zaś wybrałysmy się na przedstawienie do Tanzhausu, gdzie oglądałyśmy taniec nowoczesny, w wykonaniu chińskiego zepołu do muzyki BARDZO alternatywnej. Choreografia zaczerpnięta została z fascynacji kaligrafią. W styczniu zapisuję się na taniec!
*
Kontakt:
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Ten projekt zostal zrealizowany przy wsparciu finansowym Komisji Europejskiej.
Publikacja odzwierciedla jedynie stanowisko autora a Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialnosci za umieszczona w niej zawartosc merytoryczna.